Nawiązuję w tytule do spektaklu „Wszyscy jesteśmy Belén”, którego premiera odbyła się w piątek (28.11) w teatrze Jaracza w Olsztynie. To udramatyzowana przez Martynę Wawrzyniak adaptacja reportażu Any Eleny Correi pod zbliżonym tytułem „Wszystkie jesteśmy Belén”. Ja wolę „wszyscy”, bo przez to i przez reżyserski zabieg, by niektóre role kobiece powierzyć aktorom, temat stał się bardziej uniwersalny, dotyczący w takim samym stopniu kobiet i mężczyzn. Sztukę wyreżyserowała Katarzyna Minkowska, jedna z najbardziej uznanych młodych twórczyń teatralnych. I stworzyła widowisko iście teatralne, którego nie powstydziłyby się najlepsze sceny.
Poruszony w sztuce temat jest od lat gorącym newsem w naszym kraju. Każdy z nas poda wiele rodzimych przykładów, na kanwie których mogłyby powstać podobne przedstawienia teatralne. Ten pochodzi z Argentyny. I choć zdarzenie to wzbudziło zrozumiałe zainteresowanie i oburzenie, jest opowieścią z happy endem, zarówno dla głównej bohaterki, jak i dla wszystkich Argentynek. Ostatecznie zalegalizowano tam bowiem aborcję do 14. tygodnia bez ograniczeń i bez opłat.
Dlaczego za oceanem powszechny protest kobiet przyniósł pożądany efekt, a u nas nie? To temat na odrębną opowieść i musiałoby się w niej znaleźć miejsce i na więcej zaangażowanych kobiet, i partnerujących im prawdziwie mężczyzn, i na bardziej świadomych wyborców, i na światłych przedstawicieli narodu, z prezydentem na czele.
Chciałem teraz napisać: „zostawmy jednak politykę”, ale byłoby to nierozsądne, gdyż właśnie ona jest jednym z tematów spektaklu. Jej istotę stanowi przecież prawo do wolności, prawo do sprawiedliwości, a nie represji, prawo do zrozumienia i współczucia, podstawowe ludzkie prawa, o które wciąż we wszystkich zakątkach świata trzeba walczyć przy pomocy broni, protestów, wyborów, debat i jak w tym przypadku, przedstawień teatralnych. By doprowadzić do szczęśliwego zakończenia, jednostkowy przykład musi stać się ogólnoludzki, samotna bojowniczka musi pociągnąć za sobą armię, a osobista sprawa musi zamienić się w problem powszechny.
Nadany przeze mnie tytuł tych teatralnych refleksji wskazuje, że ani w sprawie aborcji, ani innych aktualnych nierozwiązanych problemów, dotyczących naszej cielesności, nie jesteśmy bez winy. Po cichu przyznamy, że nasze ciała - to tylko nasza sprawa. Że nawet jak da się do nich doczepić moralność, etykę, czy religię i tak ostateczna decyzja należy do nas, a odpowiedzialność za nią kończy się na naszym sumieniu. Kiedy jednak ktoś postanawia decydować za nas, gdy nas zastrasza, piętnuje i karze, wtedy dość trudno jest nam liczyć na wspólnotę.
Często dajemy sobą manipulować. Wielokrotnie nie wierzymy w siłę swojego głosu, tego podczas protestu i przy wyborczej urnie. Z niewiedzy, lenistwa, beztroski, ślepej wiary w populizm i moc cudownych leków na całe zło, oddajemy nasz los w ręce politycznych fanatyków i ignorantów. Opóźniamy proces, który jest nieunikniony. Gdyby miało być inaczej, to nie wyszlibyśmy z teatru z nadzieją.
A nie jest wcale łatwo o nadzieję, gdy w chwili oczekiwania na pomoc, zawodzą nas i lekarze, i prawnicy, i służby państwowe, i nawet rodzina. Bo ktoś zasłania się sumieniem, bo innemu nie chce się zebrać dowodów, a jeszcze innemu zależy tylko na zapłacie. Zamysł reżyserski i talenty aktorskie sprawiły, że sztuka „Wszyscy jesteśmy Belén”, rozgrywająca się żywiołowo na wielu planach, ma moc piorunującą i nie pozostawia widza obojętnym nawet na chwilę. Walka jednostki z całym systemem, nawet jak natrafimy w nim na osoby, które się nad nami ulitują, okażą trochę serca, spróbują pomóc, z reguły nie bywa zwycięska. Na szczęście już Arystoteles dostrzegł, że natura nie znosi próżni, a Newton odkrył, że akcja powoduje reakcję. Kobiety w wielu krajach już dawno się zorientowały, że wywalczone przez wieki równouprawnienie, pozostaje często na papierze. A mężczyźni chętniej biorą w swoje ręce ich ciała, niż ich sprawy. One zatem wzięły swoje sprawy i swoje ciała w swoje ręce i przez świat idzie Czarny Protest. Możemy sobie wyśmiewać feminizm, że kłóci się z tradycyjną rolą kobiet, ale nie zatrzymamy procesu, którego zwieńczeniem będzie równość płci, a dyskryminacja i seksizm zostaną jedynie tematami historycznych dramatów.
O ile książka Any Eleny Correi była reporterską wnikliwą analizą wszystkich zdarzeń związanych ze sprawą Belén, spektakl Katarzyny Minkowskiej w pomysłowej scenografii Łukasza Mleczaka jest zabiegiem z użyciem wszelkich dostępnych w teatrze narzędzi: mowy, śpiewu, tańca, muzyki, obrazu, w brawurowym wykonaniu zespołu aktorskiego wspomaganego przez adeptów sztuki teatralnej. Wysoki poziom aktorów „Jaracza” wielokrotnie chwaliłem, w tym przypadku także wszystkim wykonawcom należą się gromkie brawa i owacje na stojąco. Specjalne wyróżnienie przyznam jednak Agnieszce Rajdzie, Barbarze Prokopowicz i Radosławowi Hebalowi. A dlaczego, to będą wiedzieli ci, którzy obejrzą „Wszyscy jesteśmy Belén”.
Przy okazji spektaklu odbył się protest niektórych posłów i radnych z naszego regionu oraz innych osób, których uczucia religijne obraził ponoć plakat teatralny. Afisz ten nawiązywał do religijnego symbolu macierzyństwa i słusznie, bo pobożność może być źródłem miłości, ale bywa też opresyjna. Wszyscy mamy prawo protestować, ale czy nie lepiej wcześniej zobaczyć sztukę, starać się zrozumieć jej artystyczny przekaz, porównać sportretowanego w niej duchownego z księdzem z pobliskiej parafii, któremu posługa duchowa pomyliła się z rządem dusz? I wreszcie stanąć po stronie ofiar nieludzkiego systemu.
Cieszę się, że dyrekcja teatru im. Stefana Jaracza dostrzega istotne problemy dzisiejszej rzeczywistości i zaprasza do współpracy cenionych twórców spoza Olsztyna, bo to m. in. przez miejsce na widowni powinniśmy przechodzić do lepszego świata. W Argentynie promocja książki „Wszystkie jesteśmy Belén” w 2019 roku doprowadziła rok później do pożądanych zmian w prawie. Oby i ten przebojowy spektakl odegrał podobną rolę.
Jerzy Szczudlik
F I L M Y